„Zamiast palić jointy, lepiej godzinę pobiegać”

Przeczytałam interesujący i dobrze napisany artykuł Filipa Rybakowskiego w  Psychiatria – pismo dla praktyków. „Zamiast palić jointy, lepiej godzinę pobiegać”- w tekście autor stawia m.in taką właśnie tezę. Zamieszczam dla wszystkich aktywnych sportowo (zwłaszcza uprawiających TRIATHLON), ale także dla praktykujących terapeutów uzależnień.

„Czym różni się psychiatra od ironmana?”

Poproszony przez kolegę redaktora, zdecydowałem się opisać swoje nowe hobby, które pochłania mój wolny czas od około 2 lat. Wtajemniczeni pewnie już na podstawie tytułu domyślili się, że chodzi o  triathlon, dyscyplinę sportową składającą się z  trzech elementów – pływania, jazdy na rowerze i biegania. W najtrudniejszych zawodach tego typu należy przepłynąć 3.9km, przejechać na rowerze 180 km, a następnie przebiec maraton (42.2km). Osoby, którym udaje się tego dokonać otrzymują tytuł “człowieka z żelaza”. Szczęśliwie zawody triathlonowe odbywają się także na krótszych dystansach, na przykład start o połowę krótszy określany jest jako 1/2 ironman, a  jeszcze krótsze zawody, to tzw. dystans olimpijski lub sprint, choć nawet ten ostatni niewiele ma wspólnego ze sprintem właściwym, ponieważ trwa mniej więcej godzinę.

Oczywiście można twierdzić, że każdy psychiatra jest po części ironmanem – zmagającym się z ciężkimi okolicznościami opieki nad pacjentami, negocjacjami z  NFZ, czy relacjami ze współpracownikami, ale o tym w artykule nie będzie.

Spróbuję się raczej zastanowić, dlaczego triathlon może być atrakcyjny dla psychiatrów jako forma wypoczynku, choć oczywiście moje spostrzeżenia można odnieść do niemal każdej dziedziny sportu amatorskiego. Ze względu na zainteresowania będę również nawiązywał do koncepcji neurobiologicznych, które mogą być ciekawe dla naszej specjalności w  kontekście terapii i  zaleceń dla pacjentów.

Amatorskie uprawianie triathlonu, a właściwie zabawa w triathlon jest zajęciem dosyć czasochłonnym. Aby trenować każdą z trzech dyscyplin w najmniejszym sensownym wymiarze – czyli dwa razy w tygodniu potrzebujemy, jak łatwo obliczyć, minimum 6 godzin w okresie 7 dni. W tym momencie widzę wielu zniecierpliwionych kolegów, którzy odkładają egzemplarz pisma dla praktyków lub znacząco stukają się w czoło. Wiadomo, że zwykle jesteśmy tak zajęci, że żeby znaleźć 6 godzin w tygodniu to „pewnie musielibyśmy zrezygnować z  co najmniej jednego z etatów”. Z drugiej strony średni czas oglądania telewizji wynosi dla typowego Polaka około 30 godzin tygodniowo. Oczywiście nie wiemy, jak sprawy wyglądają w przypadku psychiatrów, ale mam podejrzenia, że może być to liczba o niewiele mniejsza.

Triathlon i  psychiatria są dla mnie całkowicie odmiennymi zajęciami. Gdy przyjmuję pacjentów w  gabinecie, jestem przez kilka godzin w niemal całkowitym bezruchu – poza przekręcaniem się w fotelu i robieniem notatek nie wykonuję innych czynności. Jestem skupiony na interakcji z pacjentem, śledzeniu jego toku myślenia, próbie analizowania wypowiedzi. Pamiętając o unikalności i indywidualnych uwarunkowaniach trudności danej osoby, próbuję w  krótkim czasie zamknąć jego problemy w zwięzłej etykiecie diagnozy, a następnie zaordynować właściwe leczenie.

W triathlonie jestem w ciągłym ruchu, a aktywność mojego mózgu mogłaby się sprowadzać do sporadycznych zmian wzorców poruszania się. Nie występuje interakcja z  inną osobą – gdy chcę, mogę oczywiście prowadzić wewnętrzny dialog, ale częściej pozwalam swoim myślom płynąć swobodnie. Nie odczuwam presji czasu (szczególnie podczas długich biegów i trwających kilka godzin jazd na rowerze), a mój proces myślowy nie musi doprowadzić do konkretnego wyniku. A  zatem piękno tego sportu polega dla mnie na tym, że uprawiając go, zmuszony jestem do wykonywania rzeczy, których niemal w ogóle nie robię w pracy, a jednocześnie mogę odpocząć od zajęć, których w trakcie praktykowania mi nie brakuje.

Nie ukrywam, że moja pasja do sportów wytrzymałościowych – szczególnie do ich połączenia – co ma miejsce w  triatlonie, posiada swoje źródła również w chęci subiektywnej obserwacji i weryfikacji doniesień nt. różnych neuro- i psychologicznych aspektów wysiłku fizycznego, o których coraz więcej mówi się w piśmiennictwie fachowym. Na początek coś dla osób zajmujących się uzależnieniami. Nie, nie będę mówił po raz kolejny o „endorfinach, które wydzielają się u  biegaczy”, ponieważ hipoteza ta jest dość stara (lata 70. XX wieku) i prawdopodobnie nieprawdziwa, ponieważ endorfiny są zbyt duże żeby przejść przez barierę krew-mózg. Od około 10 lat wiadomo natomiast, że w trakcie wysiłku fizycznego wydzielają się endogenne kanabinoidy (które przenikają do mózgu z  łatwością), co prawdopodobnie związane jest z poprawą samopoczucia i zjawiskami zaburzonej percepcji w przypadku długotrwałego wysiłku fizycznego. A zatem, zamiast palić jointy, lepiej godzinę pobiegać. Jeszcze większe poczucie odrealnienia i transu, związane prawdopodobnie ze zmianą środowiska na niezbyt naturalne dla człowieka, daje godzinna dawka pływania, szczególnie stylem dowolnym, w którym naprzemienne ruchy ramion działają jak hipnotyzujący metronom.

Zainteresowanym depresją i hipotezą neuroplastyczności chciałbym powiedzieć, że obecnie badacze zajmujący się naukami podstawowymi, w tym zjawiskami takimi jak neurogeneza de novo w  dorosłym mózgu, nie mają najmniejszych wątpliwości, że najsilniejszym naturalnym bodźcem do produkcji nowych neuronów jest wysiłek fizyczny. Dzieje się tak prawdopodobnie ze względu na stymulację produkcji mózgopochodnego czynnika wzrostu neuronów – BDNF, jak również wielu innych substancji o  działaniu neurotrofowym i  neuroprotekcyjnym.

Dla osób zajmujących się stresem, czyli właściwie dla nas wszystkich, interesujące może być, że wysiłek fizyczny (sam będąc stresorem) działa jak szczepionka na oś podwzgórze – przysadkanadnercza. Zaobserwowano, że gdy porównano dwie stresowane grupy, jedną, która uprzednio wykonywała wysiłek fizyczny i drugą, która nie miała takiej interwencji, to w tej drugiej markery pobudzenia osi PPN i autonomicznego układu nerwowego były znacząco większe.

Skupionym na funkcjach poznawczych i  działaniu kory przedczołowej chciałbym przedstawić hipotezę przejściowej hipofrontalności związanej z wysiłkiem fizycznym. Głosi ona, że w trakcie wysiłku fizycznego krew w  mózgu kierowana jest do miejsc związanych z  regulacją ruchów, czyli do zakrętu przed- środkowego, zwojów podstawy oraz móżdżku, co powoduje, że nie zostaje jej zbyt wiele dla kory przedczołowej, a tym samym zachodzi jej tymczasowe „wyłączenie”. Z tegoż powodu wysiłek fizyczny stanowi fizjologiczny „reset” dla naszego wewnętrznego komputera, pozwalając na przerwanie analizowania, planowania, rozważania, dywagowania i ruminowania, które zwykle, gdy trwają zbyt długo, nie prowadzą do niczego dobrego.

Kluczowe znaczenie w procesie psychoterapii ma zmiana oceny siebie. Satysfakcja, jaką daje realizacja choćby jednego treningu, może stanowić do tego dobrą podstawę. Zadowolenie z własnej osoby pogłębia się jeszcze bardziej, gdy udaje się realizować coraz większe partie programu treningowego i zaczyna się dostrzegać efekty własnych działań.

Podsumowując: ze względu na specyfikę naszej pracy, polecam triathlon nie tylko psychiatrom, ale wszystkim specjalistom zajmującym się zdrowiem psychicznym. Myślę, że kilka powyższych argumentów może również wskazywać na celowość zalecania aktywności fizycznej naszym pacjentom, a jak wiadomo najłatwiej przekonać kogoś własnym przykładem. ■

PSYCHIATRIA/PISMO DLA PRAKTYKÓW/MARZEC 2015  s. 34-35

http://www.psychiatraonline.com/psychiatra-nr-8/

 

 

Advertisements

Wszystko w rękach boga – psychologa.

Początek

Różne myśli i oczekiwania towarzyszą osobie zgłaszającej się do psychoterapeuty. Nie przychodzimy przecież do specjalisty kiedy czujemy, że wszystko jest w porządku. Już sama decyzja wiele nas kosztuje. By w ogóle ją podjąć musimy dokonać pewnego podsumowania, przyznać, że jest coś, z czym nie potrafimy poradzić sobie sami. To sprawia, że pojawia się potrzeba szukania pomocy. Natychmiast może pojawić się także myśl przeciwna: „czy on/ona faktycznie mi pomoże?”, swoiste zaprzeczenie tego, że kogoś potrzebuję. Ambiwalencja wobec pierwszej wizyty może trwać długo, ponieważ trzeba przełamać wiele oporów i lęków. Idę do obcej osoby, której mam powiedzieć jakie mam problemy, odsłonić się. Od tej pory to co wypowiedziane zaczyna istnieć już nie tylko w mojej świadomości i staje się bardziej realne. Często przecież łudzimy się, że jeżeli o czymś nie mówimy to ta rzecz (uczucie, problem) nie istnieje. Spychamy to na bok, staramy się tego nie widzieć, ale to dalej tkwi w naszej głowie i po jakimś czasie powraca. Wtedy znów myślimy o wybraniu się do psychoterapeuty. Tym co dodatkowo wzmaga ambiwalencję jest lęk przed zmianą. Nie jest dobrze tak jak jest, ale co odkryję kiedy zacznę prace nad sobą? Boję się, że ujrzę rzeczy, które nie pozwolą mi już dłużej „nie widzieć” i „nie czuć”. To co do tej pory omijam zacznie uwierać jak piasek pod powiekami. Boimy się, że psychoterapia poruszy nasz świat w posadach.

Oczekiwania

Kiedy w końcu decyzja została podjęta i zjawiamy się u psychoterapeuty, okazuje się, że cierpliwości nie wystarcza nam na długo. Psychoterapeuta jawi się nam jako osoba, która ma przynieść szybkie rozwiązania. Psychoterapeuta przez chwile jest prawie jak Bóg, który ma usunąć cierpienie. Tymczasem na pierwszej sesji, do której tak długo się zbieraliśmy, spotykamy się w większości z milczeniem. Jesteśmy wyrozumiali, bo przecież psycholog musi zapoznać się ze sprawą, na kolejnych spotkaniach może nie być lepiej – psychoterapeuta mówi niewiele. Kiedy już mówi słyszymy, ale nie chcemy usłyszeć. Pomijamy to, bo gdzieś w głowie jest bieg do celu, jakim jest rozwiązanie, rada, ratunek. Wszystko zmierza w kierunku pytania: „i co z tym (z czym przychodzę) zrobić?”. Okazuje się, że w terapii nie ma jednoznacznych odpowiedzi i niby to rozumiemy, ale pragniemy czego innego – prostej recepty na nasze bolączki.

Czas

Tylko Bóg przemieni wodę w wino w jeden wieczór. Psychoterapia to proces, który musi trwać by przynieść rezultaty. Pierwszym efektem, często niezauważanym, jest zdolność zniesienia frustracji w związku z brakiem natychmiastowych rozwiązań. Kiedy pada pytanie ile trwa psychoterapia i mówię, że około dwóch lat, a czasem dłużej, wiele osób postrzega to jako bardzo długi okres. Rzeczywiście na wstępie wydaje się to bardzo odległa perspektywa, potem jednak często okazuje się, że dwa lata mijają szybko, a pacjent nie jest wciąż gotowy na to by zakończyć terapię.

Zadaj mi pytanie

„Będzie mi łatwiej jeżeli Pani będzie pytać…” – to zdanie pada bardzo często w gabinecie w trakcie pierwszych wizyt. Pacjenci wypowiadają je z różnych powodów. Niektórym trudno jest być w kontakcie, czasem tak naprawdę chcieliby zaspokoić oczekiwanie psychoterapeuty zgadując w myślach, co może być dla niego ważne. Zakładają, że jeżeli będą mówić rzeczy które przychodzą im do głowy, to będą to rzeczy nieistotne, nieinteresujące, niepotrzebne. Nic bardziej mylnego, ponieważ naprawdę wszystko, co zostanie poruszone jest ważne i wnosi wiele. W ten sposób pokazujemy psychoterapeucie nasz wewnętrzny świat, to jak myślimy, postrzegamy, czujemy. Psychoterapia to opowieść osoby, która do mnie przychodzi, nie odwrotnie. Wyobraźmy sobie akwarium pełne plastikowych kolorowych piłeczek: kiedy ja pytam to ja sięgam po piłeczkę, jeśli pacjent sam mówi to wybór należy do niego.  Dzięki temu widzę co wybiera i dostrzegam najważniejsze dla niego tematy, a nie te, które ja uważam za istotne. Milczenie jest frustrujące, to prawda, ale to właśnie w milczeniu do głowy napływają te myśli, które należy mówić.

Podsumowując, psychoterapeuta to towarzysz w drodze do pełniejszego rozumienia siebie, a psychoterapia to droga do rozwoju wynikającego z tego co sami w sobie odkryjemy. Zapraszam do dyskusji.

Pozdrawiam,

Izabela Jabłońska

“Choroba misjonarza”

„Choroba misjonarza” to określenie, które usłyszałam pracując w wojsku. Tak określało się osoby, które wielokrotnie powracały na kolejne zmiany misji zagranicznych. Mówiono o tym z lekkim uśmiechem i tylko czasem z powagą, na którą moim zdaniem temat zasługuje.

Prześledźmy zatem możliwy scenariusz jaki rozgrywa się w momencie pierwszego wyjazdu na misję do innego kraju. Pierwszy moment adaptacji mija dość szybko, po jakimś czasie zaczyna się odliczanie dni do końca. Tęskni się za domem, rodziną, przyziemnymi sprawami. Im bliżej końca tym większy niepokój, że wydarzy się coś nieprzewidzianego. Gdy przychodzi moment powrotu do domu żołnierz odczuwa ulgę i szczęście, zwłaszcza jeśli miejsce pobytu znajdowało się w strefie wojny. Powrót pełen jest pozytywnych emocji – to wyjątkowe chwile kiedy wszyscy witają żołnierza z otwartymi ramionami po długim czasie rozłąki. Wiadomo, że po tym wszystkim co przeszedł przez pół roku zmiany teraz musi odpocząć. Po jakimś czasie pojawia się szara rzeczywistość. Żona cieszy się z powrotu męża, nie tylko dlatego że jest on w domu cały i zdrowy, ale także dlatego, że będzie miała wsparcie w załatwianiu codziennych spraw. Spraw których jest coraz więcej i więcej. Nie ma już tylko pracy i zadania, na którym trzeba się skupić by je wykonać i przetrwać. Jest codzienność. Otoczenie oswaja się szybko z myślą, że jesteś na miejscu. Dni mijają i w jakimś sensie są podobne do siebie. Spokój który początkowo był tak ceniony zaczyna uwierać. Nie dzieje się nic co wywołałoby przyspieszone bicie serca, brak mocnych emocji. Pojawia się specyficzny rodzaj tęsknoty. Wszystko to czego brakowało na misji nie jest już tak wyjątkowe, jest codziennością. Tak jakby wartość tego co jest w Polsce rosła i nabierała wagi kiedy widzi się to z oddali. Tymczasem po powrocie po pewnym czasie to co się ma tu na miejscu zaczyna męczyć, brakuje ekscytacji i adrenaliny. Poczucia, że robi się coś ważnego i wyjątkowego. Brakuje niezależności i poczucia wspólnoty z grupą osób, która „wie jak to jest”. Bliskich nie chce się obciążać własnymi wspomnieniami. Z bliskimi często nie można na ten temat rozmawiać, bo wiele spraw jest objęte tajemnicą wojskową. A poza tym jak powiedzieć komuś bliskiemu, że ma się myśli o powrocie? W ten sposób pomiędzy tymi którzy byli na misji, a tymi którzy zostali tu narasta niewidzialna bariera tego o czym się nie mówi. Wewnątrz powstaje osobny świat w którym składowane są najróżniejsze wspomnienia. Te związane z lękiem przed zranieniem lub śmiercią, ale i te związane z uczuciem dumy i więzi z tymi z którymi wykonywałem zadania, z którymi tam żyłem. Czasem bywa tak, że w tej rzeczywistości po powrocie nie można się odnaleźć, ma się poczucie rozdwojenia, zmęczenia i niezrozumienia.

Powrót na misje następuje z różnych powodów, służbowych, finansowych, czasem także osobistych. Najczęściej jednak dlatego, że po prostu chce się wrócić. Dlatego, że to wciąga i uzależnia. O tym mówi się rzadko.

Na koniec chciałabym zaznaczyć, że choć niejednokrotnie zdarzyło mi się obserwować występowanie takiego zespołu w mojej praktyce psychologicznej opisywana prawidłowość nie dotyczy wszystkich żołnierzy. Nie jest to obraz całości przeżyć jakich można doświadczać po misji i nie u każdego „choroba misyjna” musi wystąpić. Nie jest ona również przypisana tylko wojskowym –  podobnych uczuć mogą doświadczać np. himalaiści, korespondenci, marynarze czy podróżnicy. Jestem ciekawa Państwa opinii na ten temat.

Pozdrawiam,

Izabela Jabłońska

 

Wdowy po żołnierzach. Czas przyzwyczaja do bólu

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/wdowy-po-zolnierzach-czas-przyzwyczaja-do-bolu,156038.html

To bardzo trudny temat, który został poruszony jedynie w małej części. Wielokrotnie spotykałam się z komentarzami co psycholog może w tak trudnej sytuacji, co mi powie, że wszystko będzie dobrze? Co może poradzić na mój ból? Prawda jest taka, że niewiele można. Zwłaszcza w momencie o którym mowa w materiale, czyli w momencie powiadomienia. Szok i ból jest tak wielki, że świat się zapada. Naszym zadaniem jest jedynie zadbać o bezpieczeństwo tej osoby. Zorganizować to czego ona nie będzie w stanie zorganizować, powiadomić tych najbliższych, którzy mogą się zjawić. Zadaniem psychologa jest porozumieć się z rodziną poszkodowanej, to na nich spoczywać będzie wsparcie i obecność na co dzień i na koniec..naszym zadaniem jest tam być, by zapamiętano, że w przyszłości można się do nas zwrócić.

Żałoba jest procesem, który przebiega w określony sposób. W jej prawidłowym przebiegu najważniejsi są bliscy, nie specjaliści. To oni pomieszczają nasz ból, ważne by trwali nawet wtedy, gdy sami czują się bezradni…Żałoba ma swój czas i musi wybrzmieć.

Żołnierze na misji wojskowej są narażeni nie tylko na ostrzał nieprzyjaciela. Stresujące sytuacje oraz tęsknota za rodziną mają duży wpływ na psychikę wojskowych. O tym, jak radzić sobie w krytycznych momentach, czym jest „stres 90. dnia” i co grozi żołnierzom już po powrocie do domu, mówią Agata Górniak i Izabela Jabłońska, które pracują jako psycholodzy w Afganistanie. Jak pisze por. Renata Radzikowska z sekcji prasowej polskiego kontyngentu, psycholodzy pomagają żołnierzom, stając się ich powiernikami i lekarzami dusz. 
Por. Renata Radzikowska, PKW Afganistan: Co należy do czynników najbardziej obciążających?

Agata Górniak: Klimat i warunki terenowe stwarzają bez wątpienia znaczne obciążenie dla organizmu. Wysoka temperatura, bardzo mała wilgotność powietrza, duże nasłonecznienie i burze piaskowe – to ważna grupa stresorów. Kolejną jest rozłąka z rodziną i oczywiście, pewnego rodzaju izolacja. Środowisko na misji wojskowej jest zamknięte i monotonne. Do tego dochodzi ograniczona oferta kulturalna, zagrożenia związane z ostrzałem i działaniami w terenie.

Izabela Jablońska: Nie bez znaczenia są także trudności związane z obowiązkami służbowymi i konieczność bycia w stałej gotowości do działania. Dodatkowo wymagane jest także opanowanie i przestrzeganie licznych procedur i przepisów, które wynikają ze specyfiki służby. Również ograniczenie swobody osobistej ma wpływ na psychikę żołnierza na misji.

Mówimy o warunkach, które żołnierz spotyka na misji. Ale to, co zostawił w kraju (rodzina, dzieci, problemy), towarzyszy mu także tutaj.
– A.G.: Tęsknota za rodziną to czynnik niezwykle istotny. Kolejną kwestią jest to, że problemy rodzinne i codzienne, które wynikają w trakcie misji, trudno jest rozwiązać nie będąc w kraju. Wiele nerwów i niepokoju rodzi się właśnie z tej bezsilności.

– I.J.: Z drugiej strony, żołnierz będący na misji i wykonujący swoje obowiązki musi być skupiony i skoncentrowany. Nie może „być jednocześnie jedna nogą w Afganistanie a drugą nadal w Polsce”. W związku z tym, bardzo ważnie jest organizowanie spotkań psychologicznych z rodzinami i bliskimi żołnierzy. I to zarówno przed ich wyjazdem, jak i w trakcie trwania misji.

Czego bliscy żołnierzy mogą się dowiedzieć na tego typu spotkaniach?

– I.J.: Żony wojskowych są przygotowywane na to, że czasami, ze względów zupełnie obiektywnych, mogą mieć z małżonkiem ograniczony kontakt. Co więcej, są zmuszone przejąć na swoje barki większość, jeśli nie wszystkie obowiązki domowe. Małżonki, które zostały w kraju, muszą większość decyzji i działań podejmować samodzielnie.

– A.G.: Duża ilość spraw i obowiązków, z którymi się zmagają sprawia, że możemy je nazwać „bohaterkami życia codziennego”. Należy pamiętać także o tym, że stale towarzyszy im strach, lęk i troska o męża.

O jakie sprawy osobiste i rodzinne martwią się najczęściej żołnierze?

– A.G.: Stresującym czynnikiem jest niepokój o członków rodziny, zwłaszcza tych z problemami zdrowotnymi. Kolejnymi są także zdrada i rozerwanie bliskich więzi emocjonalnych, a w dalszej kolejności: zdarzające się komplikacje porodowe, choroby i roztrwonienie zgromadzonych środków finansowych.

Kolejnym typem problemów, z którymi spotykają się żołnierze na misjach wojskowych są problemy służby. Jakiego rodzaju są to trudności?

– I.J: Dodatkowe obciążenie służbowe, liczne zadania oraz stała gotowość do działania w połączeniu z ekstremalnymi warunkami klimatyczno-terenowymi stanowią silną „mieszankę”. Powoduje ona nasilenie się oznak przemęczenia fizycznego i psychicznego. Dlatego tak ważne rolę odgrywa odpowiednia organizacja wypoczynku i możliwość regeneracji sił.

– A.G: Bardzo pomocne jest również omówienie problemów z przełożonymi oraz analiza możliwych rozwiązań. Pozwala to na zrównoważenie emocjonalne żołnierzy. Tego typu nierozwiązane problemy mogą skutkować zaburzeniami wegetatywnymi i reakcjami adaptacyjnymi.

Jest zrozumiałe, że kolejne miesiące pobytu na misji powodują kumulację stresu i obciążeń. Jaka jest dynamika tego procesu?

– I.J: Tak, to prawda. Każda misja ma swoja dynamikę. Początek, pierwszy miesiąc, to zapoznanie się z obowiązkami i wdrożenie. Żołnierz poznaje otoczenie, ustala sobie system dnia. Wszystko jest jeszcze nowe i ciekawe. Drugi miesiąc to postępująca adaptacja. Kolejny, trzeci, jest już kryzysowy.

– A.G: Zgadza się. Męczą nas ci sami ludzie spotykani w tych samych miejscach. Monotonia. Ta sama droga do pracy, na stołówkę. Stałe i dokuczliwe ograniczenie przestrzeni, rozrywek, brak zmian. Wszystko to powoduje nawarstwianie się kryzysu. Wtedy nawet drobnostka urasta do rangi problemu.

Jaki jest sposób na przezwyciężenie tych trudności?

– A.G: Bardzo ważna jest przede wszystkim psychoedukacja. Należy tłumaczyć żołnierzom, jakie są ich reakcje i dlaczego takie są. Istotna jest świadomość, że to, co czują jest naturalne, biorąc pod uwagę specyficzne okoliczności. Jeśli proces jest znany, łatwiej jest nam go zaakceptować. Wtedy można zrozumieć wybuchy gniewu, gwałtowne reakcje, kłótliwość.

– I.J: Co więcej, można ten problem wzajemnie, w żołnierskim gronie „obśmiać”. Można powiedzieć: „O, jesteśmy kłótliwi, drażliwi, to znak że misja na półmetku”.

– A.G: Niezwykle ważna jest aktywność fizyczna. Sport niezmiennie i skutecznie rozładowuje stresy i napięcia. Zarówno psychiczne jak i fizyczne. Co więcej, daję nam pogodę ducha i wzmacnia wiarę we własne siły.

Nie bez znaczenia jest również kontakt z otoczeniem, z kolegami. Wspólne spędzanie czasu jest także bardzo ważne.

– I.J: Zdecydowanie, problemy należy „przegadać”. Musimy pamiętać o tym, że misja przez sześć miesięcy jest nie tylko miejscem naszej pracy, ale również naszego życia, także społecznego i towarzyskiego. To naturalne, że żołnierze muszą się spotkać, porozmawiać, odreagować. Śmiech, gra na gitarze, wspólnie spędzony czas – to wszystko pomaga i dodaje sił.

– A.G: Bardzo ważną rzeczą jest również umiejętność wytyczenia sobie pewnych granic i znalezienia czasu dla samego siebie. Należy dać sobie prawo do prywatności, intymności, do bycia choć przez chwilę sam na sam. Kolejna ważną kwestią jest ustalenie sobie schematu rozkładu własnych zajęć. Taka systematyzacja uporządkowuje czas i przyczynia się do redukcji stresu.

Czy stres tzw. „90. dnia” to najtrudniejszy moment na misji?

– A.G: Nie tylko. Końcowy, szósty miesiąc także jest trudny. Wymaga on uwagi i skupienia. Żołnierze, myśląc już o powrocie i spotkaniu z rodziną, są mniej ostrożni. Wtedy zdarza się więcej wypadków.
– I.J: Z drugiej strony, niektórzy są również nadmiernie ostrożni. Myślą, że jeżeli do tej pory nic się mi nie stało, to teraz, przez ostatnie tygodnie, muszą podwójnie uważać. To także rodzi stres.

Jakiego rodzaju pomoc może zaoferować żołnierzowi psychoprofilaktyk?

– A.G: Specyfika pracy psychologa na misji polega na bezpośrednim kontakcie i przebywaniu z żołnierzami. Jako psycholodzy wychodzimy do żołnierzy, jesteśmy z nimi w stałym kontakcie. Będąc na miejscu, jesteśmy także zakotwiczeni w tym samym środowisku, w tych samych misyjnych warunkach.

– I.J: Znamy ich problemy, spotykamy się w miejscach, gdzie żyją i funkcjonują. W tak specyficznym środowisku żołnierze szukają kontaktu z psychoprofilaktykiem. Nie ma w tym wstydu i jest to całkowicie usprawiedliwione. Zdarza się, że najbliżsi koledzy wiedzą o problemach żołnierza, sami go namawiają do kontaktu, do szukania pomocy i wsparcia.

Jakiego typu działania obejmuje wsparcie psychologiczne, którego udzielacie żołnierzom?

– A.G: Na pewno są to, poza rozmowami indywidualnymi i udzieleniem porad, spotkanie grupowe i integracyjne. Organizujemy zajęcia psychoedukacyjne, szkolenie, pogadanki.

– I.J: Współpracujemy z dowódcami i szefem służby zdrowia. Stosujemy także interwencję kryzysową, odprawy po akcjach z elementami stabilizowania emocji i defusing (rozładowywanie sytuacji – wp.pl). Przed powrotem do kraju mamy również zaplanowane szkolenie ułatwiające ponowną adaptację.

– A.G: Cykl szkoleń ze stresu misji ma duże znaczenie, zwłaszcza dla żołnierzy biorących udział bezpośrednio w sytuacjach związanych z ostrzałem, atakiem, zasadzką. Musimy pamiętać, że zespół objawów pourazowych, postraumatycznych może się utrwalić.

Oznacza to, że po powrocie do Polski żołnierz może w dalszym ciągu odczuwać „stres misji”?

– A.G: Naturalnie. Reakcje stresowe i nerwowe mogą być odroczone. Objawiają się one trudnościami z zaśnięciem, poczuciem izolacji, odrzucenia, odosobnienia i niezrozumienia. Sekwencje i objawy z traumatycznych wydarzeń mogą powrócić.

Jak temu przeciwdziałać?

– I.J: Bardzo ważne są podejmowanie i realizowanie po zdarzeniach kryzysowych procedury psychologiczne. Pierwszym elementem jest wzajemna pomoc koleżeńska tzw. „przegadanie sprawy” w grupie. Rozmowa o tym: „Co się wydarzyło? Co się udało? Co każdy z nas zrobił w danej sytuacji?”. To bardzo pomaga. Potem do pracy przystępuje psycholog.

Jakie są wasze wnioski?

– A.G: Bardzo ważny jest monitoring stanu psychicznego żołnierzy, ich nastrojów i morale. Wtedy staje się możliwa odpowiednio szybka reakcja na negatywne zjawiska. Systematycznie organizowane spotkania i zajęcia oraz wspólne wyjaśnienie problemów są najskuteczniejszym sposobem wpływania na emocje i pozyskiwania wiedzy o problemach nurtujących żołnierzy.

Praca psychologa na misji wojskowej jest, jak widać, trudna i wymagająca. Co daje największą satysfakcję i cieszy najbardziej?

– I.J: To, że możemy pomóc i fakt, że mamy stały kontakt z ludźmi.

– A.G: Można tu spotkać fascynujących ludzi. Mądrych, odpowiedzialnych, poukładanych, z niesamowitymi marzeniami. Nie tylko o nich, ale przede wszystkim od nich można się bardzo wiele nauczyć.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Pytała por. Renata Radzikowska z Sekcji Informacyjno – Prasowej PKW Afganistan, Ghazni

 

http://konflikty.wp.pl/kat,1020347,page,2,title,Lekarze-dusz-pomagaja-Polakom-na-wojnie,wid,12492744,wiadomosc.html