Żołnierz u psychologa

Rola psychologa w wojsku, jak możemy przeczytać np. w „Polsce Zbrojnej”, obejmuje szeroki zakres działań: profilaktykę, edukację, diagnozę psychologiczną, opiniowanie i interwencję kryzysową, wsparcie psychologiczne oraz specjalistyczną pomoc kliniczną.

Dużo tego jest i wydaje się, że potrzeby wojskowych w tym względzie powinny być zaspokojone. Można by nawet powiedzieć, że żołnierze to szczęściarze, bo tak szeroki zakres pomocy jest im oferowany nieodpłatnie. Dlaczego zatem żołnierze niechętnie korzystają z pomocy psychologicznej?

Stereotypy

Jednym z powodów z pewnością są w dalszym ciągu stereotypy. Wiele ponoć się zmienia, zwłaszcza odkąd polska armia stała się armią zawodową, odkąd uczestniczymy w misjach zagranicznych oraz korzystamy z międzynarodowych doświadczeń. Jednak co w teorii brzmi świetnie, w praktyce często nie wygląda już tak dobrze. Mimo coraz większej świadomości pomoc psychologiczna najczęściej jest przez wojskowych odrzucana, pojmowana jako rodzaj słabości i wyznacznik nieradzenia sobie. Korzystanie z pomocy bywa postrzegane stereotypowo, zarówno przez środowisko, jak i przez samego potrzebującego. Nawet kiedy pojawia się potrzeba kontaktu, wraz z nią pojawić się może ambiwalencja wynikająca nie tylko z lęku przed oceną innych, ale także wewnętrznego poczucia porażki. Kiedy jest gorzej, motywacja do wizyty jest, ale kiedy jest trochę lepiej, pojawiają się wątpliwości, które przed tym powstrzymują. „Czy to jest mi w ogóle potrzebne? Co taki psycholog mi pomoże?”…lęk przed odsłonięciem się, utratą anonimowości oraz brak zaufania do specjalistów, tylko jeszcze mocniej komplikuje sprawę.

Niekompetentni specjaliści

Zdarza się czasem, że można trafić na niekompetentnego specjalistę. Nie zawsze jest to ich wina, czasem brak im doświadczenia czy wyszkolenia by zająć się tym z czym się do nich zgłoszono, dobrze jest jeśli potrafią się do tego przyznać. Bywa jednak tak, że owi specjaliści nie pogłębiają i nie rozwijają swojej wiedzy i kompetencji czyniąc czasem więcej szkody niż pożytku. Problem jest oczywiście bardziej skomplikowany, niż może się pierwotnie wydawać. Jednostki wojskowe rozsiane są po całej Polsce, a psychologowie tam pracujący u tzw. podstaw często mogą trafić na problemy, które przerosną ich możliwości, a odesłać zgłaszającego się nie ma gdzie. Jednakże niezależnie od tego w którym sektorze działań psychologicznych niekompetentny specjalista będzie pracował, trafienie na niego zawsze, albo prawie zawsze skutkuje zniechęceniem na przyszłość. Najgorsze co może się wydarzyć, to zła ocena sytuacji dokonana przez psychologa, brak zainteresowania oraz nieumiejętność przyznania się do niewiedzy. W tym ostatnim przypadku zdecydowanie lepiej przyznać się do braku wiedzy i być wspierającym, niż udawać, że się wie i strzelać w ciemno.

Niechęć do psychologów wojskowych

Kiedy pracowałam w wojsku większość konsultacji odbywała się w sposób nieoficjalny. Pokój psychologa w jednostce odwiedzany był rzadko, na misji czegoś takiego jak pokój psychologa w ogóle nie było. Nie oznacza to jednak, że nie wykonywałam swojej pracy. Rozmowy prowadzone były w różnych miejscach, więc nigdy nie było jasne dla ewentualnych obserwatorów, czy to rozmowa koleżeńska czy być może psychologiczna porada, było to jasne tylko dla rozmówców. W takim trybie jednak, dokonać można jedynie interwencji, porady czy udzielić wsparcia. Taki sposób funkcjonowania często okazywał się niezbędny ze względu na lęk przed oceną kolegów i przełożonych, który żołnierzom towarzyszył. Wydaje się, że jest to jeden z głównych powodów, dla których żołnierze wolą skorzystać ze wsparcia psychologicznego poza swoim środowiskiem pracy.

Jest moim zdaniem jeszcze jeden ważny powód niechęci wojskowych do wizyt u psychologa – niedostosowanie metody oddziaływań do zgłaszanych trudności.

W wojsku nie ma miejsca na psychoterapię

Dostęp do psychoterapii w wojsku jest niezwykle ograniczony. Oczywiście zgodnie z decyzją MON oddziaływania psychoterapeutyczne w pewnym zakresie zapewnione są w wojskowych oddziałach szpitalnych, podczas turnusów uzdrowiskowo-rehabilitacyjnych oraz w specjalistycznych wojskowych przychodniach lekarskich. Realny sposób realizacji tych zadań nie jest mi znany, trudno mi zatem powiedzieć jakiej jakości są to działania. Pamiętam za to, że kiedyś często słyszałam zdanie „w wojsku nie ma miejsca na psychoterapię”. To jednak nie znaczy, że wojskowi psychoterapii nie potrzebują. Problemy zgłaszane przez żołnierzy często są problemami, które powinny zostać poddane oddziaływaniom psychoterapeutycznym i to wcale nie w warunkach turnusu rehabilitacyjnego czy szpitalnego oddziału, ale ambulatoryjnie. Myślę tu o poczuciu samotności, trudnościach adaptacyjnych po powrocie z misji czy po przejściu na emeryturę, rozpadzie związków małżeńskich, czy nieumiejętnością wejścia w związek i zaangażowania się. Także o trudnościach w bliskich relacjach, stanach depresyjnych charakteryzujących się uczuciem pustki i zniechęcenia, nadużywaniem alkoholu itp. Czasem wystarczy krótkoterminowe oddziaływanie czy wręcz interwencja kryzysowa, a czasem potrzeba czegoś więcej. Nawet jeżeli znajdziemy specjalistę mogącego się tym zająć wśród specjalistów wojskowych, to zapewne jest ich niewielu. Żołnierze, zwłaszcza ci którzy uczestniczyli w misjach, mają specyficzne, trudne doświadczenia, w pamięci obrazy  i wydarzenia, o których nie chcą myśleć, ale to także przede wszystkim ludzie z ludzkimi problemami.

Czasem by skorzystać z kontaktu psychoterapeutycznego nie potrzeba traumy, z którą sobie nie poradziłem, czasem wystarczająca jest potrzeba zmiany i poprawy jakości dotychczasowego życia. Chęć zrozumienia siebie, swojej natury i najzwyczajniej w świecie chęć osobistego rozwoju.

 

 

Nieświadoma gra partnerów – związek w koluzji.

Dlaczego funkcjonujemy w związku w którym czujemy, że szkodzimy sobie, który nas nie satysfakcjonuje? Dlaczego nie podejmujemy próby by dokonać zmian wewnątrz pary? To temat, który nurtuje wielu ludzi, a odpowiedzi wydają się zawsze niejasne i niewystarczające.

Spotykam w gabinecie wiele osób, które mają trudność w stworzeniu satysfakcjonującego związku. Zarówno kobiety jak i mężczyźni deklarują jak bardzo chcieliby stworzyć związek i cierpią z powodu tego, że związki które tworzą są bardziej uwikłaniem przynoszącym cierpienie niż satysfakcjonującą relacją. W terapii gdy przyglądamy się im z perspektywy czasu okazuje się, że było w każdym z nich coś podobnego – jakiś wspólny mianownik.

Spróbujmy prześledzić jeden z możliwych scenariuszy – związek narcystyczny.

Wyobraźmy sobie mężczyznę, który bardzo pragnie nawiązać trwały, udany związek z kobietą. Za każdym jednak razem kiedy udaje mu się nawiązać jakąś relację, w swojej głowie wciąż pozostaje niezadowolony. Zaczyna myśleć, że dziewczyna, która jeszcze niedawno wydawała się wspaniała już taka nie jest. Pojawiają się myśli, że gdzieś jest być może inna, ta właściwa, ta jedyna. Już same te myśli sprawiają, że z obecną kobietą nie jest w stanie się zbliżyć, poczuć się dobrze i stabilnie. Niespostrzeżenie sabotuje mogącą zrodzić się bliskość. A być może chodzi właśnie o to by do niej nie dopuścić, bo związek i bliskość kojarzy się rezygnacją czy utratą siebie. Taka osoba marząc o bliskości, nie jest w stanie pogłębić posiadanej relacji.

Mija kilka prób stworzenia związku zanim mężczyzna ten orientuje się, że nie jest to kwestia nieodpowiednich kobiet, gdyż oczywiście na początku tak myśli, ale czegoś w nim samym co nie pozwala się związać.

Udaje się i co wtedy?

Kiedy jednak mężczyzna narcystyczny już się zwiąże, potrzebuje ciągłego potwierdzania własnej wartości. Przegląda się w oczach kobiet jak w lustrze. Kobiety pozostają z takim mężczyzną w nieświadomej umowie która brzmi: Dopóki doceniasz mnie, potwierdzasz moją wartość, zachwycasz się mną i jesteś podporządkowana moim oczekiwaniom, dopóty trwamy.

W miłości istnieją dla osoby narcystycznej jedynie dwie możliwości – albo samemu trzeba zrezygnować z własnego ja, albo to partner musi zrezygnować. Osoba o takiej konstrukcji osobowościowej jest w stanie stworzyć nawet długotrwałą relację, kiedy druga osoba dopasuje się. Tak jak woda, która idealnie dopasowuje się do kształtu naczynia, w które została nalana. Związek ma przebiegać bez zakłóceń i nie ma w nim miejsca na autonomię. Niechybnie musi jednak dojść do konfliktu – w tej koluzji.

Czym jest koluzja?

Koluzja to rodzaj nieświadomej umowy między dwojgiem ludzi. Partnerów łączy wzajemne uwikłanie w relację, z którego, mimo cierpienia, często trudno jest wyjść. Już sam dobór partnera dokonuje się w służbie stworzenia z nim koluzyjnego związku. Podstawą są niezaspokojone, nieświadome pragnienia i potrzeby, które nie zostały zaspokojone w pierwotnych relacjach z rodzicami. Potrzeby te mają różny charakter np.  gdy chodzi o bycie ważnym i bezwarunkowo przyjętym mówimy o potrzebach narcystycznych. W zależności od swoich doświadczeń życiowych jedni ludzie są bardziej progresywni w dążeniu do zaspokojenia swoich potrzeb, inni zaś przyjmują postawę regresywną. Krótko mówiąc, posługując się powyższym przykładem, partnerem progresywnym jest ten, który wymaga dostosowania się do jego oczekiwań, który żąda potwierdzania własnej wartości i ciągłego doceniania (narcyz), regresywnym zaś ten, który te pragnienia i żądania zaspokaja.

Rolę partnera regresywnego bardzo często przyjmują kobiety (narcyz komplementarny). Tak jak osoby narcystyczne postrzega się jako egoistyczne, tak ich partnerów postrzega się jako osoby altruistyczne, poświęcające się, skromne i nieroszczeniowe. Gdy przyjrzymy się bliżej widzimy, że często są to osoby o obniżonym poczuciu wartości, już w dzieciństwie przyzwyczajone do pogardy. Takie kobiety wybierają partnera którego idealizują i podziwiają, dbając o zaspokojenie jego potrzeb w pewien sposób wiernie mu służą. W partnerze widzą swoje idealne ja, taką osobę jaką same obawiają się być.

Nigdy jednak nie jest tak, że będąc bardziej osobą regresywną nie posiadamy progresywnych pragnień. I w tym cały szkopuł.

Co dzieje się kiedy w partnerze regresywnym następuje przełom i dochodzą do głosu wyparte pragnienia progresywne? Gdy nagle ona pragnie szacunku i uznania jakie  zazwyczaj otrzymuje partner? Dochodzi do konfliktu w parze. Dynamika odwraca się i tak jak wcześniej para działała według zasady: jestem wspaniały ponieważ ty mnie uwielbiasz – uwielbiam cię ponieważ jesteś dla mnie taki wspaniały, teraz zaczyna działać zupełnie inaczej. Partner progresywny uświadamia sobie, że tak naprawdę bez swojej drugiej połowy niewiele znaczy, podziw i dowartościowanie uzależnia, ale również określa. Narcyz czuje się w obowiązku być takim jakim widzi go jego partner, a ponieważ tamten widzi go jako idealnego, to standardy są tak wysokie, że nie do utrzymania. Narcyza zaczyna to złościć, ale jednocześnie nie potrafi z tego zrezygnować. Również partnerka prędzej czy później jest zrozpaczona sytuacją w związku i myśli: „tyle ci poświęciłam, tak cię doceniałam i kochałam, zawsze byłeś najważniejszy, a teraz złościsz się i jesteś dla mnie taki bezwzględny”. Partnerka (narcyz komplementarny) nie jest jednak w stanie zrezygnować z postrzegania swojego partnera jako idealnego, zwiększa więc wymagania usilnie dostosowując go do swojej wizji. W zależności od tego czy partnerka jest bardziej agresywna czy uległa – zaczyna walczyć lub wycofuje się i narzeka, niezmiennie jednak cierpi i jedna i druga strona. Dotychczasowa zasada działania w parze, jak już wspomniałam ulega zmianie. Pojawia się nowa zasada: Jestem taki bezwzględny i niedobry dla ciebie ponieważ tak wiele ode mnie wymagasz i tak silnie określasz jaki mam być – ona zaś zaczyna myśleć: jestem taka wymagająca dla ciebie, bo jesteś taki bezwzględny i niedobry, a ja chciałabym tylko by było tak cudownie jak kiedyś. Koło się zamyka.

Istnieją oczywiście inne opisane rodzaje koluzji w parze. Zamieszczony przykład dotyczy koluzji wynikającej z potrzeb narcystycznych obydwojga partnerów. Wszystkich zainteresowanych zgłębieniem tematu odsyłam do książki, która zainspirowała mnie do napisania powyższego artykułu: „Związek dwojga – psychoanaliza pary” Williego Jürga.

Polecam!

 

Emocjonalna ruletka – czyli bliska relacja z osobą borderline

W kolejnym wpisie chciałabym przyjrzeć się bliżej osobom borderline. Jest to często spotykane zaburzenie osobowości, wpływające bardzo silnie na osoby bliskie lub partnerów osób nim dotkniętych. Mam nadzieję, że mój artykuł pomoże wam w zrozumieniu osób z cechami borderline i w rozpoznaniu mechanizmów nimi rządzących.

Jak objawia się osobowość borderline?

Osoby borderline przeżywają wewnętrzny konflikt polegający na jednoczesnej chęci bycia blisko z inna osobą, a lękiem przed pochłonięciem w tej relacji. Ponieważ same postrzegają relację tylko jako taką, w której inna osoba ma być całkowicie zależna, idealnie zaspokajająca potrzeby i doskonale rozumiejąca, same uważają, że także takie muszą być. Mówiąc krótko jest to pułapka emocjonalna, z której cało się wyjść nie da, gdyż poziom wymagania zarówno w stosunku do siebie jaki drugiej osoby jest w rezultacie nie do wytrzymania. Kiedy pozostajemy w takiej relacji nie ma bowiem miejsca na żaden błąd, nie mówiąc o jakiejkolwiek dozie autonomii. Musi zatem nastąpić jakieś rozwiązanie, najczęściej jest ono niszczące i gwałtowne.

Borderline a związki

Związek z osobą borderline początkowo wydaje się absolutnie fantastyczny, można poczuć się jakby wygrało się na loterii. Relacja rozwija się szybko i emocjonalnie. Czujemy jakbyśmy znali się z nią/nim od dawna. Myślimy podobnie i bardzo dobrze się rozumiemy. Można czuć się tak jakby ta druga osoba znała nasze myśli i odgadywała nasze pragnienia. Relacja szybko osiąga głębszy poziom niż zazwyczaj na danym etapie, odnosi się wrażenie całkowitej akceptacji. Wzbudza to chęć do jeszcze większego zbliżenia się i dawania więcej i więcej. Jesteśmy tym uczuciem absolutnie uwiedzeni. Osoby borderline zazwyczaj w przeszłości miewały już nieudane związki, dlatego często czujemy się (a raczej jesteśmy stawiani) w pozycji wybawiciela czy wybawicielki. To pozycja jest niezwykle pociągająca, dająca poczucie, że jest się dobrym i uda się uszczęśliwić nowo poznaną osobę. Pojawia się myśl, że poprzedni partnerzy/partnerki były po prostu nieodpowiedni, nieczuli, nie dość oddani i opuszczający.

Z czasem jednak zaczyna się gra w „wszystko albo nic”.  Krach relacji zbliża się często w subtelny i niedostrzegalny sposób po to by z czasem eskalować. Jak wspomniałam osobą borderline rządzą dwie sprzeczne tendencje, które stawiają ją przed następującym dylematem: jeśli będę bronić się przed bliskością, którą pojmuję jako całkowite zlanie się czy zespolenie, narażę się na utratę osoby, której tak rozpaczliwie potrzebuję. Bliskość mimo iż upragniona, jest dla nich nie do wytrzymania. Grozi całkowitym zespoleniem, a w rezultacie pochłonięciem i utratą siebie. Tak więc w obronie przed nią osoba borderline zaczyna robić różne rzeczy by zniszczyć relację i w rezultacie oderwać się, by następnie cierpieć z powodu odrzucenia czy opuszczenia. W ten sposób wkraczamy do emocjonalnego kasyna, gdzie poprzez podbijanie stawki zaczyna się gra „w jak długo wytrzymasz”: ile twoich granic przekroczę zanim powiesz dość.

Destrukcja relacji

Osoby borderline wyznaczają w relacji nieosiągalny wręcz standard, któremu druga osoba nie jest i nie byłaby w stanie nigdy sprostać. Dlatego wkrótce zaczynają się oskarżenia. Najczęstszy scenariusz zakłada takie zachowanie które doprowadzi drugą osobę do zirytowania i rozdrażnienia, w rezultacie do złości i chęci odsunięcia się. Wtedy często padają oskarżenia, że partner się zmienił, nie dba już tak jak kiedyś, że nie jest się już tak ważną/ym. Jest się oskarżonym o to czego się nie zrobiło w taki sposób, że nie jest się pewnym jak jest naprawdę. To powoduje poczucie winy za złość i rozdrażnienie jakie się czuje. Osoby borderline chcą czuć że są najważniejsze, uznają często, że w danej relacji przysługują im szczególne prawa i domagają się wyjątkowego traktowania. Mają też krótki emocjonalny lont doprowadzający do częstych i gwałtownych wybuchów gniewu, co sprawia, że w relacji z tą osobą czuć się będzie zagrożonym lub zastraszonym emocjonalną niestabilnością. Zarówno w słowach jak i w zachowaniu przekraczają osobiste granice drugiej osoby. Wybuchy gniewu powodowane są wewnętrznie kumulowanym napięciem, ciągłą wewnętrzną walką między wściekłością i nienawiścią, a chęcią zbliżenia się. Wszystko to co kumulowane jest „wyrzucane” podczas wybuchu gniewu w drugą osobę. Dla partnera naturalnym staje się poczucie, że jest się jak pojemnik na odpady. Jest się obrzucanym błotem, obrażanym, a czasem wręcz poniżanym. Kiedy nie reaguje się w sposób w jaki osoba borderline oczekuje i kiedy nie zaspokaja się jej żądań, eskaluje ona gwałtowne często pogardliwe traktowanie.

Posługując się analogią z grą hazardową ostatecznym podbiciem stawki w grze „jak długo wytrzymasz” jest szantaż emocjonalny. Osoby borderline mogą zagrozić nawet samobójstwem.

Czy osobie borderline można pomóc?

Podobnie jak w hazardzie osoby borderline najczęściej doświadczają przegranej. Dążą do zniszczenia i zepsucia relacji tak długo, aż ją stracą. Często dostrzegają powtarzalność takich zachowań i rozegrań w relacji, ale działają jak owładnięte nieznaną siłą, podobnie jak w uzależnieniu od hazardu. Tylko jasno i stanowczo, ale nie bez współczucia stawiane granice są w stanie przerwać emocjonalny trans i “grę”. Pamiętajmy, że osoby borderline to osoby głęboko cierpiące, nie radzące sobie i potrzebujące pomocy. Terapia jest długotrwała i wymagająca i często przebiegająca gwałtownie, gdyż osoba borderline podobnie jak w innych relacjach także w relacji z psychoterapeutą powtarza znany i opisany powyżej wzorzec zachowania.

 

 

“Papież metadonu” w Polsce

W dniach 17 – 19 lutego br. w Warszawie odbyła się międzynarodowa konferencja dotycząca miejskich polityk narkotykowych Urban Drug Policies Conference. Na konferencji gościł m.in profesor Robert G. Newman z Nowego Yorku. Newman jest uznanym międzynarodowym ekspertem w zakresie leczenia uzależnień. Przez wiele lat zajmował się leczeniem substytucyjnym uzależnionych od opiatów nowojorczyków, dzięki czemu przez niektórych nazywany jest „papieżem metadonu”. Leczenie substytucyjne jest stosowaną w uzależnieniu od opioidów formą opieki medycznej wykorzystującą do leczenia m.in. metadon – substancję o właściwościach i działaniu podobnym do narkotyku. Narkotyk zastępowany jest substytutem w celu osiągnięcia przez pacjenta bardziej kontrolowanej formy uzależnienia. Dodatkową korzyścią jest możliwość zaprzestania używania substancji nielegalnej, co ma ogromne znaczenie dla osoby uzależnionej z uwagi na ograniczenie ryzyka szkód związanych z używaniem. Dokładny opis wyjaśniający na czym polega leczenie substytucyjne znajdziecie Państwo na stronie Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii.

Na warszawskiej konferencji profesor Newman przedstawił swoje rozumienie koncepcji leczenia metadonem. Różni się ona dość znacznie od tego jak rozumieją ją osoby postronne, a często również lekarze. Mówił o tym, że często w swojej praktyce spotykał i spotyka się z pytaniami o długość trwania leczenia uzależnionego pacjenta metadonem. Odpowiada wtedy, że często takie leczenie trwa do końca życia. Czy zastanawiamy się jak długo będzie trwało leczenie cukrzycy bądź jakiejkolwiek innej choroby przewlekłej – pyta profesor. Newman uważa, że nic nie usprawiedliwia pozostawienia bez opieki medycznej tych uzależnionych, którzy chcą pomocy, którzy jej potrzebują i mogą bez niej umrzeć. Stwierdził, że uzależnienie od narkotyków jest chorobą przewlekłą, którą właśnie w ten sposób, a nie żaden inny należy traktować. Profesor Newman pozornie nie powiedział niczego odkrywczego, ale jest to trudne do pojęcia i zaakceptowania dla osób które nie zgłębiają tematu uzależnienia. Mimo tak wielu wypowiedzi profesjonalistów w mediach i uświadamiania, że uzależnienie jest chorobą, często słychać głosy, że jest jednak czymś zależnym od woli uzależnionego. „Gdyby chciał to by przestał”, „sam się w to wpakował to niech teraz z tego wyjdzie”. Wielu osobom trudno wyobrazić sobie, że są uzależnieni, którzy nie są zdolni do zaprzestania brania. To wyzwanie absolutnie przewyższa ich możliwości, nie mają odpowiednich zasobów psychologicznych, osobowościowych, mentalnych i socjalnych by sobie z tym poradzić. Oczywiście uzależnienie, zwłaszcza od narkotyków to choroba, która degraduje, jej obraz budzi lęk, i dlatego tak łatwo poddajemy ją ocenie i odrzucamy.  Nie budzi naszego współczucia jak inne choroby śmiertelne, wręcz odwrotnie – budzi naszą niechęć i obrzydzenie.

Patrząc na to analitycznie uzależnieni reprezentują wszystko to, czego nie chcielibyśmy przyporządkować sobie i o czym nie chcemy na co dzień pamiętać: słabość, zależność, zdolność do robienia rzeczy, których nie akceptujemy. Myślimy o nich jako o tych, którzy są zdolni do krzywdzenia innych, do agresji, niszczenia i upokarzania siebie, prostytucji. Dość łatwo zapominamy, że takie rzeczy robią także osoby nieuzależnione, a ich motywacją nie jest narkotyk od którego są uzależnieni, ale czasem po prostu sadystyczna czy masochistyczna przyjemność.

Gdyby spojrzeć na społeczeństwo jak na jeden organizm czy obiekt, można by powiedzieć, że osoby uzależnione jako niechciana cześć społeczeństwa ulegają odszczepieniu i usunięciu z obrębu społecznego „ ja ”. Właśnie dlatego nie chcemy widzieć ich na ulicach, maja być niewidoczni i poza nawiasem codziennego życia. Nie chcemy się zatem zastanawiać nad przyczynami popadania w uzależnienie, bo być może wtedy trzeba by było oswoić się z myślą, że uzależnieni tacy się przecież nie rodzą. I pojawiłaby się refleksja: dlaczego zatem tacy się stają?

*Zdjęcie Dr.Roberta Newmana pochodzi ze strony citylimits.org

Misja wojskowa – mechanizm zaprzeczania

Właśnie przeczytałam opis audycji RDC dotyczącej chęci powrotu na misję, tematu poruszonego również przeze mnie w artykule Choroba misjonarza i Choroba misjonarza cz. 2. Cieszy mnie, że temat jest nagłaśniany, to bardzo ciekawa audycja zawierająca wiele celnych wypowiedzi.

Do niniejszej notatki zainspirowała mnie wypowiedź księdza mjr Władysława Jasicy, kapelana 11. Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu, który wspomina rolę posługi na misji: ” – Rola księdza na misji to głównie posługa sakramentalna – msza święta, spowiedź i rozmowa – podkreśla ks. mjr Jasica.  –  Kiedy ginie ktoś, z kim się służy na co dzień, a więc człowiek, z którym jadło się śniadanie, a za chwilę nie żyje, to traumę przeżywają nie tylko zainteresowani, ale cały obóz, który na co dzień jest gwarny i pełny rozmów, to w tym momencie powstaje cisza i spuszczony wzrok”. Trudno się z księdzem nie zgodzić, jest to opis rzeczywistych reakcji, ale według mnie nie jest pełny. Jako psycholog rozwinę temat o reakcje paradoksalną, o której akurat ksiądz nie wspomniał. Zdarza się bowiem, że reakcja na traumatyczną, trudną sytuację jest odwrotna tzn. ludzie spotykają się przy jednym stole, bo chcą być bliżej w tej trudnej sytuacji, ale nie ma spuszczonego wzroku tylko rozmowy, czasem śmiechy i żarty. Działa wtedy podstawowy mechanizm obronny uruchamiany w sytuacji silnego stresu, który nazywa się zaprzeczaniem. W skrócie mówiąc pierwszą reakcją na taką wiadomość jest szok i niedowierzanie. Osoby dotknięte tym doświadczeniem pytają co się stało, przekazują innym co się wydarzyło lub co na ten temat wiedzą, jest bardzo emocjonalnie. Doświadcza się różnych uczuć w tym niedowierzania i zaprzeczania: „jak to możliwe przecież siedział tu z nami jeszcze wczoraj”, „czy to na pewno sprawdzona informacja”. Szok nie pozwala dopuścić takiej informacji do siebie, głównie dlatego, że trzeba by wtedy dopuścić także myśl taką, że to mogło wydarzyć się każdemu z nas, którzy właśnie tam jesteśmy. Taka myśl w tym właśnie momencie jest dla psychiki niezwykle zagrażająca, dlatego należy ją wypchnąć z umysłu. Na nią będzie jeszcze czas, podobnie jak na ulgę. Wypartej myśli nie ma, ale napięcie, stres i niepokój pozostają. Trzeba się skupić na zadaniu, jeżeli ktoś zginął to znaczy, że są być może ranni, szpital ma pełne ręce roboty. Uruchamiane są różne procedury, takie wydarzenie sprawia, że wszyscy mają dużo zajęć a każdy musi sprawnie wykonać zadania, za które jest odpowiedzialny w razie takiej sytuacji. Spotkanie w grupie po zakończonych tego dnia obowiązkach, kiedy już sytuacja została opanowana to moment, kiedy napięcie trzeba zrzucić. Ludzie siadają razem, nie chcą być sami. Potrzebują nie tylko odreagować, dzieje się tak także w służbie mechanizmu zaprzeczania. Paradoksalnie chce się odciąć od tego co się wydarzyło, dlatego właśnie są żarty, są śmiechy, jest „reset”. To nie jest jeszcze czas na żal, pustkę i smutek, które pojawiają się w trakcie przeżywania żałoby. To czas na ochronę nadwyrężonej stresem psychiki, którą w ten sposób chronimy przed dezintegracją. Chcę podkreślić wyraźnie nie ma to nic wspólnego z brakiem szacunku dla osób, które straciły życie lub są ranne, jest to tak naprawdę wyraz cierpienia z powodu ich utraty, lęku przed śmiercią i zranieniem, który każdego może dotyczyć.

Jedną z rzeczy ukazującą zaprzeczanie są reakcje w schronach podczas ostrzeliwania bazy. Gra się np. w karty albo szachy, rozmawia się i żartuje jakby nic się nie działo. Normalka. Nie można inaczej, bo to rzeczywiście jest codzienność, gdyby dopuścić świadomość, że za każdym razem mogę nie wyjść z tego cało, trzeba by było się pakować. Pamiętam rozmowę z jednym z żołnierzy, który opowiedział o tym jak podczas jednej z wcześniejszych zmian kule minęły go o włos – trafiły wszędzie tam, gdzie akurat jego nie było. Powiedział mi, że od tamtego momentu wierzy w swoje szczęście, w to, że nic mu nie będzie. Takich sytuacji miał jeszcze kilka. I ja i on do dziś dobrze wiemy, że jest to wbrew logice i faktom, jest to zaprzeczanie zagrożeniu w czystej postaci. W tamtym momencie na misji było to potrzebne i konieczne, chroniło przed myślą, którą ów kolega wypowiedział, kiedy spotkaliśmy się po jakimś czasie już w Polsce. Powiedział wtedy: „bo wiesz… szczęście się kiedyś kończy”, ale o tym można było pomyśleć dopiero w domu.

Mechanizm zaprzeczania jest mechanizmem niezbędnym by się chronić, stąd czasem biorą się paradoksalne myśli i reakcje. Używamy go nie tylko w trudnych traumatycznych sytuacjach, ale także w codziennym życiu.

„Choroba misjonarza” cz. 2 – dlaczego jeżdżenie na misje jest atrakcyjne

W pierwszym poście pt. „Choroba misjonarza” poruszyłam głównie wątek związany z tym co dzieje się po powrocie, a co może powodować że chce się wrócić na misję. Nie odnosiłam się jednak do tego, dlaczego jeżdżenie na misję jest atrakcyjne. A faktycznie tak jest – wyjazd na misję przynosi korzyści, nie tylko te finansowe, zawodowe, ale także psychologiczne.

Po pierwsze: Dla żołnierza to przede wszystkim sprawdzenie w terenie tego wszystkiego do czego został wyszkolony w kraju, na poligonie. Wyjazd na misję jest więc często potwierdzeniem własnej wartości w zawodzie. Podobnie jak u himalaisty sto wejść na ściankę wspinaczkową znaczy dużo mniej niż wspinanie się na najwyższe szczyty, tak dla żołnierza wyjazd na misję potwierdza jego wartość bojową dużo bardziej niż służba w kraju w czasie pokoju. Jest to mocno związane z ambicją, pragnieniem osiągnięć, chęcią zdobycia określonej pozycji. I trudno się temu dziwić.

Po drugie: Chęć wyjazdu związana jest z możliwością przeżycia jedynego w swoim rodzaju doświadczenia. Wykonywania zadań czy spędzenia czasu w miejscach, do których zwykły śmiertelnik nie ma dostępu. Tam nawet powietrze pachnie inaczej. Dodatkowo doświadczenie bycia na misji uczy dystansu do życia, ponieważ stykasz się z tym jak bardzo jest ono kruche. Wiele spraw i poglądów ulega przewartościowaniu.

Po trzecie: W tamtych warunkach obowiązuje nie tylko maksymalne uproszczenie funkcjonowania na co dzień, ale także w relacjach międzyludzkich. Jeden z komentarzy pod poprzednim tekstem o „chorobie misjonarza” doskonale to opisuje. Dyziek pisze: „Nasze powroty biorą się też z tego, że tam każdy wie co ma robić, nikt nie wymyśla głupot, zawiązują się szczere relacje, szacunek między przełożonymi i podwładnymi, to coś czego brak w kraju”. Nic dodać nic ująć. Uproszczenie o którym mówię to redukcja relacji do bezkonfliktowego działania, wzajemnego zaufania i wspierania siebie. To nie znaczy, że zawsze jest dobrze, jednak nie ma niepotrzebnego rozdmuchiwania konfliktów, drobnostki pozostają w randze drobnostki i tyle.

Po czwarte: Uproszczenie funkcjonowania polega na tym że podstawowe potrzeby, o których zaspokojenie starasz się w kraju na co dzień, tam w ramach obowiązywania pewnego systemu masz zapewnione. Jasne jest kiedy i jakie zadania wykonujesz, komu podlegasz i co masz robić. Jedzenie jest o określonej porze, nikt nie chodzi przecież do sklepu i sam sobie nie gotuje. Podstawowe potrzebne do życia rzeczy są „z klucza” zapewnione i, co może wydawać się dziwne, jest w tym jakaś przewidywalność. Tak być musi, bo wszelkie siły mają zostać wykorzystane na przetrwanie i wykonywanie swojej pracy. Nie ma problemów związanych z wychowaniem dzieci, płaceniem rachunków, podatkami, nie myśli się o przyszłości, bo aktualnie liczy ona maksymalnie sześć miesięcy. Taka perspektywa jest atrakcyjna. Daje sposobność do osunięcia od siebie tego wszystkiego co często szarpie nerwy w kraju.

Podsumujmy zatem zyski wynikające z takiego rodzaju specyficznej służby: zwiększa to poczucie własnej wartości, daje możliwość sprawdzenia i poznania siebie. Mamy możliwość przeżycia i doświadczenia czegoś co niewielu jest dane, co daje nam wstęp do pewnej elity, w której znajdziemy się już na stałe. Następuje uproszczenie relacji i funkcjonowania co również jest zyskiem, a przyjaźnie zawiązane na misji są z reguły trwałe.

Pisząc o zyskach nie zapominam o stratach czy problemach. Kiedy jesteśmy „tam” przez chwile może wydawać się, że liczy się tylko „tu i teraz” ale czas w kraju nie stoi w miejscu. I wszystko co się w tym czasie wydarzyło jest już dla nas stracone. Nic i nikt nie będzie na nas czekać wiecznie, dlatego często relacje z bliskimi wystawione są na szwank.

Nie poruszam nawet tak poważnych spraw jako możliwość utraty zdrowia czy życia, choć świadomość tego często nie powstrzymuje powrotu. Racjonalizując niebezpieczeństwo liczy się na to, że kule ominą inaczej nie można byłoby wyjechać.

W filmie „The Hurt Locker” (polski tytuł „W pułapce wojny”) jest taka scena, kiedy główny bohater po powrocie do USA wysłany do sklepu przez żonę nie jest w stanie zdecydować się co do wyboru płatków do mleka. Stoi bezradnie przed regałem z kilkudziesięcioma opakowaniami. „Tam” decydował jako saper o życiu i śmierci, „tu” trudno mu było zakupić płatki. Czuje się jakby oderwany od tej rzeczywistości i to jest naturalna reakcja. Po powrocie do kraju, podobnie jak po przyjeździe na misje trzeba przejść powtórną aklimatyzację do zastanych warunków. Owa powtórna aklimatyzacja i odreagowanie to niezbędna część powrotu do normalnego funkcjonowania, wydaje się to być dobry wstęp do kolejnego artykułu tym razem na ten właśnie temat.

Wszystkiemu winien wstyd

alone-971122_1920

Wstydzimy się, wstydzimy się na potęgę. Czasem wstydzimy się nie wiedząc nawet, że się wstydzimy. Wstydzimy się siebie i za swoje zachowanie, czasem wstydzimy się za kogoś, nawet za postać z filmu. Zdarza się, że słyszę w gabinecie: „nie mogłam/em na to patrzeć, to było żenujące” a opisywana jest właśnie scena z filmu. Żenują nas cudze wypowiedzi, cudze błędy, niewiedza, ale i intymność, romantyczność…bywa, że wyśmiewamy to co nas zawstydza.  Ileż razy słyszeliśmy wyśmiewanie się z romantycznego gestu czy wzruszenia na filmie o miłości. Wyśmiewanie często służy odwróceniu uwagi od naszych własnych przeżyć, wstyd, który przeżywamy jest na tyle duży, że nie mogąc go pomieścić oddajemy go komuś innemu ośmieszając go i zawstydzając. Bojąc się, że sami zostaniemy ośmieszeni ośmieszamy innych, prezentując często agresywną postawę. Tym samym sprawiamy, że inni raczej będą unikać zwrócenia nam na to uwagi. W ten sposób nikt nas nie konfrontuje, a często ludzie wręcz odsuwają się. Zaprzeczanie i nieumiejętność przyznania się do błędu to kolejny sposób aby pominąć to czego się wstydzimy. Poczucie wstydu, które zakładamy czy takie którego doświadczyliśmy np. ze względu na gafę towarzyską powoduje rodzaj urazy, która sprawia, że podświadomie unikamy powtórzenia takiej sytuacji. Dlatego automatycznie wycofujemy się z nich bądź je odrzucamy. Innym mechanizmem poradzenia sobie z taką sytuacją jest zdewaluowanie całej sytuacji bądź osób w niej uczestniczących.

Uczucie wstydu jest odczuwane różnie w zależności od jego natężenia i tak najlżejszą jego formą jest zakłopotanie i  zażenowanie,  następnie wstyd i upokorzenie, aż do uczucia śmiertelnego poniżenia. Wiele zrobimy by tych uczuć nie przeżywać i nie doświadczyć, zwłaszcza jeżeli doświadczaliśmy ich będąc dziećmi. To bardzo ważny element, który warunkuje jak silnie będziemy w dorosłym życiu przyjmować uczucie wstydu. Dlatego tak istotne jest jak rodzice odnoszą się do swoich dzieci. Zdarza się czasem, że rodzice zaspokajają własne oczekiwania czy potrzeby używając do tego dziecka. Ma być piękne, dobrze wyglądać, dobrze się uczyć, być grzeczne, jednym zdaniem ma być idealne. Tylko wtedy jestem z niego dumny, kocham je, doceniam, chwalę się nim. Mało w tym miejsca na popełnianie błędów, można sobie wyobrazić jak wiele kosztuje dziecko ciągłe utrzymywanie takiej postawy. Jak będzie czuło się zawstydzone jeżeli w jakimś aspekcie nie okaże się dość dobre, a inni to zauważą i podkreślą. Nieważne jak bardzo w środku czuje się tym zmęczone, jak bardzo rzeczy które robi mu nie pasują – wie, że jeśli przestanie być idealne, narazi się na rozczarowanie kogoś kogo kocha i od kogo jest zależny czyli rodzica. Obawia się odrzucenia i krytyki. W przyszłości będzie starać się nie rozczarowywać, a kiedy to zrobi może przeżywać nie tylko poczucie winy, ale także silny wstyd. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy gdy rozczarowani i zawstydzeni nieporadnością, słabością, brakiem umiejętności czy wiedzy rodzice, ośmieszają czy upokarzają dziecko. „Jesteś do niczego”, „ każdy lepiej by to zrobił niż ty, do niczego się nie nadajesz”, „nie bądź taką pierdołą”..itp. W ten sposób przekraczamy granice, tego co dziecko może udźwignąć. Wewnętrznie musi się chronić wykorzystując podstawowe mechanizmy obronne. Jednym z nich jest zaprzeczanie, drugim np.projekcja.

Po osiągnięciu dojrzałości, jako dorosły, takie dziecko, posługując się projekcją będzie widzieć wszystkie nieidealne i zdewaluowane swoje cechy (części siebie) w innych, co uchroni je od przeżywania w taki sposób siebie. To „ci inni” odtąd będą słabeuszami, idiotami czy durniami. Dzięki temu nie dojdzie do ujawnienia własnej słabości, bo będzie ona przeniesiona na innych. Dorosła osoba „zaprogramowana” w ten sposób będzie przeżywać duży lęk przed odsłonięciem, zaprzeczać własnym słabościom, niechętnie uznawać własne błędy. Będzie przeżywać dużo wstydu, zwłaszcza w momentach niepowodzeń, w których będzie widzieć rysę, która powstała na jej obrazie.

Badajmy zatem własne wnętrze, patrzmy dlaczego się wstydzimy i czy na pewno jest powód do wstydu, bo wstyd nas zatrzymuje i tak naprawdę izoluje. Dbajmy też o relacje z naszymi dziećmi. Budując mądrze ich poczucie własnej wartości sprawiamy, że w przyszłości będą dojrzalej znosić niepowodzenia i będą lepszymi partnerami, pracownikami i po prostu ludźmi.